W tej porze zmierzchu woda i światło tworzą postaci wiotkie i czyste ciszy jezioro, po którym spływa, jakby po nici, obłoku listek. Moje zwierzątka jak kwiaty ciepłe, wiatr was wysiewa i rozdmuchuje w wielkie centaury, lwy, które krzepną pod powiekami, co ledwo czują, czy to się woda przetacza górą, czy to powietrza nagrzane chóry. Jakże daleko wojna i życie! O, zapomnienie krótkie jak myśli! Ale się czuje tę czarną chmurę odległą tylko o drżącą szybę, o białe żagle kwitnącej wiśni. Moje rośliny! pod powiekami, ledwo je zamknę, nim się uchylą, oddech zdobędę, spojrzę za wami, związane z ziemią piękne motyle. Wiem, że pod wami coraz to więdną ciała bolesne - sprężone pręty, że się pod wami złe armie kłębią i że wraz z nimi omijam świętość. Ale w tej porze woda i światło tworzą postaci wiotkie i smukłe, chyba że duchy ciężkie przefruną, nagle uderzą, jakby się stłukły niebios zwierciadła, obłoki runą i znów jak woda bliźnią się miękko pod wyciągniętą topoli ręką. Wiem, że nim oczy zamknę, otworzę, mogę jak pień się obrócić w popiół, ale mi jeszcze ten oddech srebrny, oddech muzyki, nim się zatopią miasta i ludy, nim wrzask rozedrze czarne niebiosa - jak grzmot w katedrze, nim porośniecie, piękne rośliny, tańcem powiewnym, jak strumień płynnym, domy znużone, strzaskane życie, nim nowe ptaki w gniazdach się zlęgną, nim nowi ludzie wyrośli w ciszy wiary swym nowym snom nie przysięgną. 14 V 44 r.
© 1999/2010 JoKeR. All Rights Reserved.