Kolumny mdleją cieniami, bluszcz gryzie słodki jak biel marmur, błękitne wzgórza pełzają po miękkim morzu, cisze spadają w dłonie bogactwem za darmo, w szept mgieł schodzą strumienie w cierpkich błyskach noży. Można nic nie mówić, w chmurach się położyć, wędrować: w drodze napotkam omdlałą świątynię Nike, obejmę miękko dłońmi - przyjacielskim splotem, w góry zmącone echem - pasterskim pokrzykiem, pójdziemy wolna nad groby zgubionych homerów. 18.X.43r.
© 1999/2012 JoKeR. All Rights Reserved.