Pozłotą słońca oślepiona, pozłotą słońca śnieżno gładka płaszczyzna wielka w szybkich spadkach bujała nas na swych ramionach. I bezszelestny puch, pył biały pod słońce sypał się w przestrzeni. Świst się stopylnie w krople zmienił w płatkadl od słońca rozgorzałych. A pieśnią nam huczały w głowie zaparty dech i pęd bezsłowie, i wiatru śmiech, a w piersi parła głąb otchłani przepastnej; znad gór białej grani nawisłych strzech. IV.38
© 1999/2010 JoKeR. All Rights Reserved.