o bezrobotnym strachu Kiedy syci jak bąki brzęcząc odpływają na snach, a łóżka kipiące pościelą wpływają na wieczorne niebo, wzdłuż ulic chodzi głodny bezrobotny strach kładąc przy drodze głowy zabitych kamratów jak czarne bochny chleba. Za oknami urasta szum drzew ścinanych deszczem, a ulice wolno do rzeki spływają. Nie chodź, strachu, dni ubiegłych pieścić, bo oto noc ostatnia - kulawa kica przez gwiazdy jak zając, bo oto głód, a syci odpływają na snach, Trzeźwość gasi lęk, bolą się tylko głodni i poeci i czasem tylko w niespokojnych łzach wywołują cię w lustrze małe, trwożne dzieci. Widziałem dziś wieczorem: wiatr kominy wydłużał w błękitne flety, widziałem dziś wieczorem: wychodził z zaułka strach na palcach z białego wosku, pod oknem umarłej kobiety długie serenady grał. Potem za palcem ogłuchłym echo przygwoździł, dogonił i przez żałobne firanki szyb widziałem, gdy długo bił w martwą twarz księżyca wielką dłonią jak płaską, hebanową maczugą. Syci odpływają. W ten wieczór funebrycznie wydęty wszystkie spojrzenia przeklęte, nie ma oczu dzieci. Widziałem dziś wieczorem: w kanałach miejskich, gdzie topielcze koty o wyblakłej sierści, rękami czarnymi jak smutek szukał własnej śmierci. 29.IX.40r.
© 1999/2010 JoKeR. All Rights Reserved.