Oddechami czas wymierzam po kropli do retort istnień wybuchających naokół. Dalej smutku gubię pieśni czerstwych oceanów. Głęboko - - opadają porty skwarnych nawiedzeń zieleni. Ciężej oczy odchodzą od łanów od dni przytajonych pszenicą ciepła. Odetnie mnie dalej deszcz każdy jak czarny chrzest. Gdy noc w powietrzu jak lustra zakrzepła da się krajać: wąskimi diamentami łez. Wszyscy bezsenni podchodzą do wystaw moich oczu. Ciemniej przygasa każde odbicie oblicz szkłem balansują w śliskich sznurach wzroku na mym spojrzeniu jak na wąskiej grobli. Nic to pancerz dni już mnie przekuł i okuł jak dzwon bez serca. 25 sierpień 39 r.
© 1999/2010 JoKeR. All Rights Reserved.