Gdzie stanę, widzę słup powietrza, od tych oddechów złych zamarzły, w którym spojrzenia chłodne gwiazdy i ta mijania trwoga wieczna. Straszne, strzaskane ludzkie wozy, ciała bez sumień, ciemne węże, gdzie się odwzięczę, za mną prężą - w zwierciadle lodu - oczy grozy. I zanim słowo płomieniste jak drzewo ptaków tryśnie w niebo, za mną się ciała ich kolebią i spada głos jak zlękły listek. I zanim dłoń uniosę w górę i chmur wędrówkę kreślić Pocznę, widzę te oczy złe, wyroczne i te spojrzenia, co jak sznury. I pobojowisk wężowiska, i mrrówki ciemnych słów oblepią, i zamarznięta przestrzeń, niebo, i droga szklana stoi, śliska. A jeszcze widzę krajobrazy, gdy się unoszą jako domy po tych wybud1ach - niewidome, a w krajobrazach zimne twarze. I czuję, jak mi dłoń przymarzła jedna z płomieniem u niebiosów, a druga w ziemi - próżna głosu, jak wbita w glinę spadła gwiazda. 28.II.43 r.
© 1999/2010 JoKeR. All Rights Reserved.