I W sali rzędy krzeseł wygasłych - dogasną. Byłby tam zamęt fraków i sukien sprzed kilku dni. Teraz tylko gwiazdy przez okno tłomaczą się niejasno i sypią światło suche - kaligraficzne krople krwi. Ciekawiej krzesła utkwiły szerokie spojrzenia oparć w estradę przemian - bez przemian jak otwarte po śmierci oczy, gdzie w środku przystanął na martwych z lęku stopach fortepian odbijający lakierowaną maskę nocy. Znużone nogi krzeseł, podwinięte nogi jak u zwierząt, czuwają, a kołysanka echa rzewna jak kolęda, wierzą w rozsiadłe rzędy skrzypków, flecistów - wierzą w urojony nad pulpitem drążek dyrygenta. II Lecz o godzinie, kiedy czas rozcięty na pół błądząc trafi w zepsuty zegar, wśród paraboli, elips zielonych i kół ześlizną się postaci po równi pochyłej nieba. Przywołają lipcowe wieczory, niebotyczne aleje organów i lejącym srebrem wiolonczel przyklejone zastygną u ściany. A dyrygent wysoki pod strop już wywołał mosiądz waltorni, pośród bąków wirujących trąb ręce rosły mu coraz potworniej. Gasły skrzypiec przepalone pochodnie, sala z wolna falowała jak trawa zasypana po świtu krawędź uwiędłymi taśmami melodii. Łkał dyrygent wysoki pod strop zanikając coraz dalej w refren. Pejzaż stoczył się nagle jak głowa lejąc strugi czerwone i ciepłe. 5.II.41 r
© 1999/2012 JoKeR. All Rights Reserved.